Ja od kilku dni siedzę w notatkach i mam wrażenie, że cały czas stoję w miejscu. Rozpisałam sobie plan na najbliższe miesiące i choć ciężko jest się go trzymać to każdego dnia staram się coś działać. To mnie trzyma w ryzach. Pozwala przetrwać ten okres, nie załamać się.
Moje roczniki matury zdały już dawno, a ja przez własną głupotę ugrzęzłam na tym etapie i będę z nią walczyć dopiero w tym roku. Ale obiecałam sobie, że mimo trudności zrobię to najlepiej jak tylko potrafię. Żebym mogła z dumą powiedzieć sobie "kurde, udało Ci się!".
Gdyby któraś z Was wpadła na równie genialny pomysł nauki w szkole zaocznej to z perspektywy czasu mogę z ręką na sercu odradzić. Wydaje nam się, że to w dziennej jest ciężko. Że nauczyciele nie mają serca. Wymagają od nas Bóg wie czego. Że dużo sprawdzianów, dużo nauki. Że nie mamy dla siebie w ogóle czasu. Na początku nauka w szkole zaocznej była zbawienna... nie ma sprawdzianów, nauczyciele nie przepytują, nie ma prac domowych i nie stawiają jedynek. Chwila zwątpienia przyszła z egzaminami semestralnymi...ale to też nie był jakiś dramat. Ciężko było sobie przypomnieć wszystko z całego semestru, ale to tylko jeden tydzień. Można się zmobilizować i to przetrwać. Brzmi jak idealna szkoła? Dopiero teraz widzę minusy. Będąc na ostatnim roku i myśląc poważnie o maturze. Problem tkwi w tym, że mało kto z naszej grupy o niej myśli. Dlatego nauczyciele jakoś wybitnie nie przygotowują nas do tego wydarzenia. Nie robimy testów maturalnych. Nie przypominamy wiadomości z pierwszych czy drugich klas. Z resztą przy tak niewielu godzinach ciężko jest to wykonać. A więc przynosisz pracę do domu...ślęczysz nad zadaniami maturalnymi, nad testami, nad słówkami z języka angielskiego i zastanawiasz się...za co masz się zabrać, co Ci się przyda na maturze? Nikt Cię przecież nie nakierunkowuje. Toć jesteś dorosła. I jeśli sama nie przysiądziesz do tego to szanse są nikłe, że zdasz. A więc co jest gorsze... dostawać tony testów, zadań i tematów do nauki od nauczycieli (i tu weźmy pod uwagę to, że nie musimy wyszukiwać tego sami) czy siadać nad tonami książek, kserówek (zwykle od koleżanek, które mają to za sobą) i wyszukiwać to, co może się przydać (bo nikt za nas tego nie zrobi), robiąc przy tym testy, zadania i czytając zaległe lektury? Wniosek nasuwa się sam.
Ale wiecie jaki jest tego plus? Że cieszę się, że coś osiągnę własną pracą. Że dużą przyjemność sprawia mi nauka tych słówek z angielskiego (mam konkretny cel i angielski jest u mnie na pierwszym miejscu, i w sumie odliczam dni do tego "celu" a nauka sprawia, że mam zajęcie, sprawia, że nie siedzę i nie myślę o tym, ale w jakiś sposób przybliżam się do tego, staram się spożytkować ten czas, który i tak i tak muszę przetrwać) , rozwiązywanie testów. I choć idzie to powoli (czasami bardzo powoli) to lepiej zacząć teraz niż przed samym faktem. :)
Plusem nauki z wyprzedzeniem jest to, że możesz sobie pozwolić na dzień wolny, gdy nie masz ochoty na naukę; nie masz presji, aby jak najszybciej zapamiętać materiał ; nikt ani nic nie ściga Cię "na wczoraj". Spokojnie sobie czytasz, spokojnie robisz zadania i może to mnie nie zniechęca, a wręcz przeciwnie - motywuje.
W dodatku próbuję "rozbroić" prezent od mojej przyjaciółki. Nie jest to łatwe, bo dostałam książkę w języku angielskim. Więc ślęczę z słownikiem i tłumaczę co drugie słowo. Podobno to najlepsza metoda na naukę języka (gdy nie masz możliwości przebywania z obcokrajowcami). Nie jest to proste, ale człowiek jest tak ciekawy dalszych losów, ciekawy powieści, że mimo zniecierpliwienia siada i dalej tłumaczy słowo po słowie z słownikiem w łapie (bądź elektronicznym) aby choć jedno zdanie zrozumieć. Nie mam pojęcia o czym jest ta książka. Nie pytajcie mnie o to. Jeszcze do tego nie doszłam, bo próbuje przetrwać życiorys poety. Chyba pójdę na łatwiznę i sprawdzę w internecie.
Wiem, że dużo moich czytelniczek podchodzi też w tym roku do matury. I pewnie ma już dość nauki. Ale spójrzmy na to z innej strony... to tylko kilka miesięcy. I musimy dobrze ją zdać, bo wstyd będzie się przyznać znajomym jak napiszemy tylko na minimalną (a nie unikniemy pytań "jak Ci poszło? Na ile procent? Aaa....no ja napisałam na tyle i tyle..." . Zawalczmy o to.
![]() |
| W różnych pozycjach już się uczę. Przy stoliku, na podłodze, na łóżku. Chodząc w kółko, leżąc, albo w przerwie między serialami. |
![]() |
| Plan rozpisany, ale szczerze mówiąc jeszcze ani razu się do niego nie zastosowałam. |
![]() | |
| Okładka jest świetna, ale puki co jestem pewna, że na pewno dobrze zrozumiałam jedynie treść dedykacji na zakładce, która swoją drogą jest w języku polskim. |
Motywuję Was dziewczyny do działań! Nie ma co odkładać na ostatnią chwilę. Czasem warto powalczyć. Prawda? :) Żeby później mieć powody do dumy. Chyba lepiej jest coś zrobić, co nas przybliży do wygranej niż marnować czas leżąc i oglądając TV (jeśli mamy go w nadmiarze). U mnie zajęło to czasu zanim to zrozumiałam. Ale teraz wiem, że warto.
Wracam do książek, testów i mojego ulubionego angielskiego.
Ściskam!


